poniedziałek, 30 stycznia 2012

Hodowla mężczyzny

Nie wiem, czy to gdzieś już było, pewnie tak. Mam to na kompie od lat przynajmniej dziesięciu. Czas wrzucić z powrotem do internetu.



HODOWLA MĘŻCZYZNY



 Pierwszy dzień w domu


Nowy mężczyzna w domu to radość dla kobiety, ale i nowe obowiązki. Nie można zapominać o tym, ze często nie znamy rodowodu, ani nawet poprzedniej właścicielki naszego nowego pupila. Nie wiemy, jak był traktowany i jakie ma nawyki. Na wszelki wypadek nie należy wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, lepiej tez unikać podnoszenia głosu, bo może się skulić, schować za szafę i trzeba będzie włączyć odkurzacz żeby go wypłoszyć. Dlatego już od progu przemawiamy do niego łagodnym, acz stanowczym głosem. Układamy na kanapie, głaszczemy po głowie (ostrożnie, bo może nieprzyzwyczajony) i pozwalamy mu zatrzymać paletko, by czul zapach z poprzedniego domu. Pierwsza noc jest zazwyczaj najtrudniejsza, ponieważ może pochlipywać i piszczeć, ale musimy wykazać się konsekwencją i nie brać go od razu do swojego łóżka, żeby się nie przyzwyczaił.


Złe nawyki

Już po kilku dniach pobytu nowego mężczyzny w domu orientujemy się pobieżnie, jakie ma nawyki. Najczęściej przywiązuje się do miejsca, na którym spędził pierwszą noc, czyli kanapy i tam zalega w pozycji horyzontalnej. Często z pilotem od telewizora w dłoni. Czasem z gazetą, sporadycznie z książką. Ponieważ mało mówi, mogłoby się wydawać, że myśli, ale najczęściej okazuje się, że to tylko złudzenie. Gdy czuje głód, opuszcza legowisko i buszuje po kuchni. Wtedy najlepiej być w domu i szybko zrobić mu coś do jedzenia. W przeciwnym razie w kuchni zastaniemy wypiętrzone grzbiety brudnych naczyń, pod stopami lepkie substancje, a wszystko posypane zgrzytającym cukrem i okruszkami chleba. W lodówce natomiast puste kartony po mleku. W żadnym wypadku nie wolno wtedy bić mężczyzny. Bo ucieknie.


Karmienie

 Karmienie mężczyzny zwykle nie jest zbyt skomplikowane i nawet średnio zdolna kulinarnie kobieta udźwignie ten ciężar, w niektórych przypadkach również i związane z tym koszty. Nie należy się tez stresować opinią mężczyzny na temat smaku podawanych dań, bo i tak żadna z nas nie potrafi gotować tak, jak jego mamusia. Podajemy zatem cokolwiek, byle było ciepłe, ponieważ on i tak nie oderwie oczu
od gazety lub telewizora. Podobno znane są przypadki ze udało się nauczyć mężczyznę, żeby kanapki jadł nad talerzem i nie w łóżku oraz nie podjadał z rondla, ani też nie gryzł całego peta kiełbasy jak barbarzyńca, ale informacje te nie zostały potwierdzone naukowo.
Jedno jest pewne - mężczyzna lubi dostawać jeść regularnie i szybciej się wtedy oswaja.


Pielęgnacja - ubieranie

Pielęgnacja mężczyzny wymaga wielu starań i nieustannego nadzoru. Nikt, kto jeszcze nie hodował w domu mężczyzny, nie zdaje sobie sprawy, jaki obowiązek bierze na swoje barki zarówno w dni robocze jak
 i w święta. Pierwszorzędną sprawą jest skompletowanie nowej garderoby. W przeciwnym wypadku mężczyzna nie porzuci rozciągniętego podkoszulka i wypchanego na kolanach dresu. No, chyba, że się na nim rozpadną ze starości. Potem już tylko trzeba podsuwać mu rano gotowy zestaw do ubrania, prac, czyścic, prasować, przyszywać guziki, zestawiać kolory i chwalić, ze świetnie wygląda. I bywa, że jedynym znakiem uznania ze pielęgnację mężczyzny jest odcisk obcej szminki na jego kołnierzyku.


Pielęgnacja - higiena

Są mężczyźni, którzy boją się wody jak ognia, ale takich na szczęście można wyczuć na odległość. Pozostali uwielbiają się chlapać w łazience godzinami. Co za tym idzie, musisz zaakceptować (bo jeszcze nikt nie wymyślił na to sposobu) permanentnie podniesioną deskę, brudną wannę, zachlapania w promieniu 5 metrów, nie zakręconą pastę, wodę w mydelniczce i zdeptany na podłodze, twój osobisty biały ręczniczek. W skrajnych przypadkach, dzięki wieloletnim wysiłkom, można przyuczyć mężczyznę do obcinania paznokci u nóg. Co prawda zrobi to na podłogę, ale twoje łydki po spędzonej wspólnie nocy nie będą wyglądały jak po walce z bengalskim tygrysem.


Pielęgnacja - kosmetyki

 Zazwyczaj mężczyźni niechętnie używają kosmetyków, ale piankę do golenia i dezodorant podbierają z twojej półki, a do tego bezczelnie pyskują, że ma za bardzo kwiatowy zapach. Często idą dalej i podłączają się również do szamponu i odzywki, pasty i płynu do płukania ust. To jest irytujące, ale jeszcze nie naganne. Niepokoić się trzeba, kiedy ubywa brokatowego pudru, szminki, a zwłaszcza kiedy zauważasz, że ktoś chodził w twojej koronkowej bieliźnie...


Zdrowie

W przypadku mężczyzny nawet najlżejsze przeziębienie lub katar mogą być niebezpieczne i brzemienne w skutki. Nie dla niego oczywiście, tylko dla nas. Wystarczy stan podgorączkowy albo lekkie skaleczenie i mamy w domu rozhisteryzowaną, konającą ofiarę, która wymaga od nas wysoko wyspecjalizowanej opieki medycznej i psychoterapii, oraz zapewnień, że na pewno nie umrze. Nadludzkim wysiłkiem woli i cierpliwości musimy jakoś przeżyć tę erupcję hipochondrii i wyzbyć się jakichkolwiek złudzeń, że gdy my będziemy umierać w malignie na zapalenie płuc, ktoś poda nam szklankę wody. W sytuacji naszej choroby on przyjdzie i zapyta "a co dzisiaj mamy na obiad?".


Ruch

Oprócz wąskiej grupy fascynatów czynnego wypoczynku, mężczyzna, tak jak kot, potrafi przyjemnie przeżyć życie, nie opuszczając zamkniętych pomieszczeń. Nie licząc krótkiego dystansu "do"i "z"samochodu. Będzie się wił jak diabeł pod kropidłem, gdy spróbujemy namówić go na spacer. Gotów jest wtedy nawet wziąć się za jakąś pracę domową i lepiej nie stawać mu w tym na przeszkodzie. Ostatnią deską ratunku, żeby utrzymać jego i siebie w kondycji, jest sprowokowanie aktywności seksualnej. To nam rozwiąże kwestie jogi, aerobiku, gimnastyki artystycznej, hiperwentylacji i drenażu limfatycznego. Sposób domowy - tani i zdrowy.


Mnożenie

Ukoronowaniem wzorowej hodowli jest uzyskanie zdrowego potomstwa. Tu nie można popełnić częstego błędu czekając, aż mężczyzna sam się rozmnoży, ani tez żywić nadziei, ze wzbogacenie hodowli o drugiego
mężczyznę rozwiąże te palącą kwestie. Otóż nie rozwiąże, najwyżej się pozagryzają. A zatem pamiętajmy, że w rozmnażaniu mężczyzny musimy mu pomóc i odegrać w tym kluczową rolę. Jedyne, co mężczyzna powinien samodzielnie mnożyć, to środki na wychowanie potomstwa.


Kontrola

Kiedy nacieszymy się już naszym mężczyzną, a on oswoi się z nami i zacznie ufnie jeść z ręki, możemy zacząć delikatnie wypuszczać go z domu. Najpierw tylko do pracy, potem do mamusi na obiad, a za dobre sprawowanie nawet na piwo z kolegami. Ale trzeba być czujnym. Wprawdzie nie można go przykuć do kaloryfera, ani wszędzie mu towarzyszyć, ale od czego mamy komórki. Jak ma czyste sumienie i kocha, to sam się melduje średnio co godzinę, przynajmniej SMS-em. Martwić się należy, gdy za długo "abonent jest czasowo niedostępny". Wtedy trzeba przykrócić smycz, bo byłoby wielkim marnotrawstwem, gdyby naszego wypielęgnowanego ulubieńca używała jakaś flądra. I to za nasze pieniądze.


Tresura

Prędzej wielbłąda przeprowadzisz przez ucho igielne, niż nauczysz czegoś mężczyznę. Tresura powinna odbywać się w wieku szczenięcym i jeśli została zaniedbana w rodzinnym gnieździe, to nie mamy żadnych
szans, żeby to zmienić. W wypadku braku elementarnych zasad dobrego wychowania, najlepiej po prostu zmienić egzemplarz na inny. Nie usypiać!!! Można przecież oddać w dobre ręce irytującej nas od dawna
koleżanki, zostawić w schronisku wysokogórskim, bądź porzucić w lesie na parkingu.


Czas wolny

Mężczyznę nabywamy w przekonaniu, ze wypełni nam przyjemnościami nasz czas wolny. I tu następuje duże rozczarowanie, gdyż okazuje się, ze w związku z posiadaniem mężczyzny nie mamy już czasu wolnego. Raczej pozostaje nam zorganizować jego czas wolny, żeby nie zgnuśniał do reszty. Niektóre optymistki odnajdują się, oglądając transmisje sportowe, lepiąc samolociki, albo przekopując ogródek jego rodziców. Pesymistki biorą drugi etat, prace zlecone i robią błyskotliwe kariery.


Posłuszeństwo

Mężczyźni nigdy nie słuchają tego, co się do nich mówi. Mają co prawda dwoje uszu, ale jedno z nich służy do wpuszczania naszych słów, drugie natomiast do natychmiastowego ich wypuszczania. Jeśli czasem wydaje się nam, że słuchają naszych wywodów w skupieniu na twarzy, to niechybnie boli ich brzuch, albo muszą niezwłocznie udać się do toalety. Dlatego próby obarczenia ich nawet pozornie prostymi obowiązkami, takimi jak zrobienie podstawowych zakupów, wyrzucenie śmieci lub podlanie kwiatka podczas naszej nieobecności, nie mają najmniejszego sensu i powodują w nas samych niepotrzebną irytacje.


Sztuczki

Jeżeli trafił nam się mężczyzna o wesołym i skorym do zabawy usposobieniu, mamy szanse nauczyć go paru sztuczek, które ułatwią nam nieco życie. Na przykład wracanie do domu na telefoniczne zawołanie, celność przy korzystaniu z toalety, umiejętność wrzucania brudnej bielizny do wnętrza pralki, aportowanie dóbr materialnych, oraz używanie ze zrozumieniem słów "proszę", "przepraszam" i "dziękuję". Ot, taka edukacyjna zabawa. Na efekty trzeba długo czekać, ale nie zaszkodzi spróbować.


Własny kąt

Bardzo ważne, żeby mężczyzna miał w domu swoje miejsce, gdzie mógłby się schować i nie plątać się nam pod nogami. Najlepiej własny pokój z biurkiem pełnym nietykalnych świętości, ryczącym telewizorem, nietykalnych legowiskiem, gdzie mógłby drzemać, udając, że ciężko pracuje. Pamiętajmy, że nie wolno nam tam wchodzić bez potrzeby i bez pukania. Zresztą byłby to duży szok dla naszego poczucia estetyki i porządku. Wkraczamy tam tylko w ostateczności, kiedy zaczyna brzydko pachnieć w mieszkaniu. Najlepiej w skafandrze do utylizacji radioaktywnych odpadów.


Mężczyzna w łóżku

Nieuniknione, że raczej prędzej niż później mężczyzna będzie się wpychał do naszego łózka. Wślizgnie się od ściany, odepchnie łapami i zrzuci nas w nocy na podłogę, a wcześniej ściągnie z nas kołdrę. Jeśli jakimś cudem nie damy się zrzucić, uczepi się nas jak ośmiornica, przygniecie całym ciężarem i będzie chrapał prosto do ucha. Właściwie nie ma na to sposobu, ale pewnym pocieszeniem jest fakt, że mężczyzna wydziela bardzo dużo ciepła i można zaoszczędzić na ogrzewaniu w okresie jesienno-zimowym.


Zabawki

Mężczyzna najbardziej lubi bawić się "w doktora". Niestety, jak we wszystkim, nie zna umiaru, a my nie zawsze mamy ochotę mu w tym towarzyszyć, bo mamy swoją prace i potrzebę przespania choćby sześciu godzin na dobę. Dlatego też, żeby się nie nudził, albo nie szukał innego towarzystwa, trzeba mu pozwolić bawić się jego ulubionymi zabawkami. Nowym samochodem, motorem, kinem domowym, albo monumentalnym sprzętem grającym, w najlepszym wypadku najnowszą komórką z internetem i wodotryskiem. Ważne, żeby się czymś zajął, a my w tym czasie bawimy się w naprawiacza kranów, elektryka, stolarza, kucharkę, zaopatrzeniowca... itd. itp.


Sam w domu

Zdarza się tak, .że musimy pilnie wyjechać na parę dni i zostawić mężczyznę samego w domu. Wtedy zabezpieczamy, co tylko się da. Kwiatki wynosimy do sąsiadów, papugi do przyjaciółki, a oszczędności do banku. Zostawiamy pełną lodówkę i ogarnięte mieszkanie, żeby mu było przyjemnie. Wracając zastajemy kosmiczny bałagan i pustą lodówkę. Oddychamy z ulgą, bo jeśli byłoby posprzątane, to znak, że albo wcale nie spal w domu... albo ktoś mu pomógł zacierać ślady wiarołomstwa.

niedziela, 29 stycznia 2012

Frustracja.

Wkurzam się na coraz większą ilość rzeczy.
Na sąsiada, który bez przerwy puszcza mi głośną muzykę nad głową w środku dnia, kiedy próbuję odespać nocną zmianę. Który bez przerwy się kłóci pod moimi drzwiami ze swoim bratem, klnąc jak szewc. Który wynosząc śmieci marudzi jakby robił wszystkim wielką łaskę. Może i robi.
Na współpracowników, którzy widząc, że nie mam siły czegoś przetachać z miejsca na miejsce stoją w lekkim oddaleniu i się śmieją z moich prób i wygibasów zamiast podejść i pomóc.
Na szefa, którego wyjątkowo bawi fakt, że czuję przed nim spory respekt (koleś jest zwyczajnie straszny) i ochrzania mnie zawsze, kiedy ma okazję. Wyraźnie ma z tego spory ubaw.

Ale przede wszystkim wkurzam się na siebie. Za tę ilość sprzeczności, jaką w sobie noszę.

Lubię podróżować, ale nie znoszę zostawiać wszystkich, wyjeżdżać z Polski i wracać do Anglii.

Nie lubię wyjeżdżać do Anglii, ale uwielbiam patrzeć na krajobraz za oknem, czy na światła oddalającego się portu (jeszcze nigdy nie płynęłam promem przez kanał za dnia). Ostatnim razem płynęliśmy w styczniu i siedziałam na deku bez względu na świszczący mróz, patrząc na miasto, które powoli się oddalało, coraz bardziej przypominając poziomą drogę mleczną, i na mewy, które tańczyły za nami, wyprowadzając nas z portu. Ich akrobacje powietrzne były zwyczajnie hipnotyzujące.

Nie lubię siedzieć w Devon, ale kocham jego spokój, to wszechobecne spowolnienie wszystkiego. Angielski flegmatyzm. Nie dziś, to jutro. Spokojnie, bez obaw. Wszystko będzie dobrze. Kiedyś się to przecież w końcu załatwi. Człowiek rozluźnia się choćby nie chciał.
I te widoki. Devon leży w obrębie parku krajobrazowego, więc jest to pięknie zadbany kawał terenu, pełen pagórków, lasów, z miasteczkami i wsiami leżącymi w dolinach. TexPlastic, fabryka w której obecnie pracuję, stoi na sporym wzniesieniu i jeszcze nie było dnia, w którym idąc do pracy nie obejrzała się w pewnej chwili na rozciągające się poniżej miasteczko. Nie mogę powiedzieć, żebym lubiła je, czy mieszkających w nim ludzi. Ale sam widok regularnie mnie urzeka.
Chciałabym kiedyś zobaczyć ich więcej.

Uważam o sobie, że jestem gnuśna, nieciekawa, warcząca, asocjalna, zbyt dziecinna, zbyt... niemiła, by można mnie było polubić. Ciągle powtarzam, że nie mam znajomych i że dobrze rozumiem ludzi, którzy ode mnie uciekają - wszak sama ich skutecznie przeganiam! Na litość wszystkiego co żyje, Shi mnie dwukrotnie prosiła, żeby kogoś od niej odstraszyć i nawet to umiałam zrobić. No to chyba coś w tym jest, nie?
A tymczasem ilekroć przyjeżdżam do Polski to nagle okazuje się, że wokół mnie jest mnóstwo ludzi, którzy chcą się ze mną spotkać, pogadać, nie tylko po to, żeby zapytać o Anglię, ale by po prostu pobyć w moim towarzystwie. Zupełnie, jakby było w tym coś interesującego. Ja przebywam w swoim towarzystwie cały czas i nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Oni najwyraźniej tak. To... .... ....dziwne.

Siedzę sobie sama w South Molton i przytulając się do misia tłumaczę sobie, że to w porządku, że sobie na to zasłużyłam moją ciężką pracą (patrz: początek poprzedniego akapitu), ale im dłużej rozmawiam ze Szczerym, tym bardziej uświadamiam sobie jedną rzecz - coraz częściej robię autoanalizy. Coraz częściej dostrzegam w sobie wady i się skupiam na nich, zbywając to, co mogłoby być we mnie dobre. Gdybym teraz miała powiedzieć coś dobrego o sobie, to bym całkiem zamilkła. Że umiem opowiadać historie? Nic się wokół mnie nie dzieje. Wszyscy, którzy mogliby być zainteresowani moimi historiami albo są daleko ode mnie albo i tak już słyszeli je wszystkie! Nawet opowiadać już nie mam o czym.
Nie mam o kim myśleć, nie mam z kim rozmawiać. Konkluzje są dwie.
1) Potrzebuję z kimś porozmawiać. Ale jak? O czym? Tyle lat pracowałam nad technikami odrzucania od siebie ludzi jak najdalej, że teraz nie wiem, o czym mogłabym rozmawiać. Jak próbowałam rozmawiać ze Szczerym wczoraj normalnie, nie o jakichś problemach które mogłabym mieć sama ze sobą (kurwa, jak sobie zdałam sprawę, o czym ja temu biedakowi ostatnio ciągle piszę to aż się za głowę złapałam! A tyle razy Babcia Isia mi mówiła - "Nie marudź ludziom na własny temat. Nikt tak naprawdę nie chce tego słuchać. Świat jest wielki i ciekawy, rozmawiaj o wszystkim. Byle nie o sobie. To nudne." - jak mogłam zapomnieć? Ileż ja mu trułam... argh...), to rozmowa się ciągle cięła. To chore. A jak zaczynam się zastanawiać, jak się właściwie normalnie rozmawia, to w mojej głowie jest jedna, wielka, cholera pustka. Czy są na ten temat jakieś poradniki?
2) Potrzebuję człowieka. Psiakrew. Po prostu. Trzeba stanąć twarzą w twarz z tym problemem. Tyle lat wmawiałam sobie, że jestem silna i nikogo nie potrzebuję. Bujda na resorach. Potrzebuję kogoś jak diabli. Im dłużej siedzę sama tym bardziej zdaję sobie z tego sprawę. Nie chodzi mi o... bo ja wiem, chłopaka, kochanka, dziewczynę, czy co tam. Chodzi mi o człowieka, którym mogłabym się zająć. Z którym mogłabym podyskutować. Któremu mogłabym spontanicznie pomarudzić i usłyszeć jakiś komentarz, choćby to miało być "zamknij się, pierdolisz". Z którym mogłabym się pokłócić, albo posłać go do sklepu po coś przeciwbólowego. Któremu mogłabym dawać prezenty. Którego można by od czasu do czasu przytulić. Żeby nie było - mój miś jest zajebisty. Ma muszkę i w ogóle. Ale nawet Garfield to zauważył - misie niespecjalnie się przytulają...
No. Powiedziałam to. No. Przynajmniej napisałam.

Teraz ta ciężka część. Co z tym kurwa zrobić?
O tyle dobrze, że na tego bloga praktycznie nikt nie wchodzi. Mogę sobie to wrzucić, poczuć się lepiej, a i tak nikt tego nie przeczyta. Są tu dwa postanowienia. Muszę o nich pamiętać. Muszę nad nimi pomyśleć.
Pozostaje mieć nadzieję, że coś z nich wyjdzie...

piątek, 13 stycznia 2012