Wkurzam się na coraz większą ilość rzeczy.
Na sąsiada, który bez przerwy puszcza mi głośną muzykę nad głową w środku dnia, kiedy próbuję odespać nocną zmianę. Który bez przerwy się kłóci pod moimi drzwiami ze swoim bratem, klnąc jak szewc. Który wynosząc śmieci marudzi jakby robił wszystkim wielką łaskę. Może i robi.
Na współpracowników, którzy widząc, że nie mam siły czegoś przetachać z miejsca na miejsce stoją w lekkim oddaleniu i się śmieją z moich prób i wygibasów zamiast podejść i pomóc.
Na szefa, którego wyjątkowo bawi fakt, że czuję przed nim spory respekt (koleś jest zwyczajnie straszny) i ochrzania mnie zawsze, kiedy ma okazję. Wyraźnie ma z tego spory ubaw.
Ale przede wszystkim wkurzam się na siebie. Za tę ilość sprzeczności, jaką w sobie noszę.
Lubię podróżować, ale nie znoszę zostawiać wszystkich, wyjeżdżać z Polski i wracać do Anglii.
Nie lubię wyjeżdżać do Anglii, ale uwielbiam patrzeć na krajobraz za oknem, czy na światła oddalającego się portu (jeszcze nigdy nie płynęłam promem przez kanał za dnia). Ostatnim razem płynęliśmy w styczniu i siedziałam na deku bez względu na świszczący mróz, patrząc na miasto, które powoli się oddalało, coraz bardziej przypominając poziomą drogę mleczną, i na mewy, które tańczyły za nami, wyprowadzając nas z portu. Ich akrobacje powietrzne były zwyczajnie hipnotyzujące.
Nie lubię siedzieć w Devon, ale kocham jego spokój, to wszechobecne spowolnienie wszystkiego. Angielski flegmatyzm. Nie dziś, to jutro. Spokojnie, bez obaw. Wszystko będzie dobrze. Kiedyś się to przecież w końcu załatwi. Człowiek rozluźnia się choćby nie chciał.
I te widoki. Devon leży w obrębie parku krajobrazowego, więc jest to pięknie zadbany kawał terenu, pełen pagórków, lasów, z miasteczkami i wsiami leżącymi w dolinach. TexPlastic, fabryka w której obecnie pracuję, stoi na sporym wzniesieniu i jeszcze nie było dnia, w którym idąc do pracy nie obejrzała się w pewnej chwili na rozciągające się poniżej miasteczko. Nie mogę powiedzieć, żebym lubiła je, czy mieszkających w nim ludzi. Ale sam widok regularnie mnie urzeka.
Chciałabym kiedyś zobaczyć ich więcej.
Uważam o sobie, że jestem gnuśna, nieciekawa, warcząca, asocjalna, zbyt dziecinna, zbyt... niemiła, by można mnie było polubić. Ciągle powtarzam, że nie mam znajomych i że dobrze rozumiem ludzi, którzy ode mnie uciekają - wszak sama ich skutecznie przeganiam! Na litość wszystkiego co żyje, Shi mnie dwukrotnie prosiła, żeby kogoś od niej odstraszyć i nawet to umiałam zrobić. No to chyba coś w tym jest, nie?
A tymczasem ilekroć przyjeżdżam do Polski to nagle okazuje się, że wokół mnie jest mnóstwo ludzi, którzy chcą się ze mną spotkać, pogadać, nie tylko po to, żeby zapytać o Anglię, ale by po prostu pobyć w moim towarzystwie. Zupełnie, jakby było w tym coś interesującego. Ja przebywam w swoim towarzystwie cały czas i nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Oni najwyraźniej tak. To... .... ....dziwne.
Siedzę sobie sama w South Molton i przytulając się do misia tłumaczę sobie, że to w porządku, że sobie na to zasłużyłam moją ciężką pracą (patrz: początek poprzedniego akapitu), ale im dłużej rozmawiam ze Szczerym, tym bardziej uświadamiam sobie jedną rzecz - coraz częściej robię autoanalizy. Coraz częściej dostrzegam w sobie wady i się skupiam na nich, zbywając to, co mogłoby być we mnie dobre. Gdybym teraz miała powiedzieć coś dobrego o sobie, to bym całkiem zamilkła. Że umiem opowiadać historie? Nic się wokół mnie nie dzieje. Wszyscy, którzy mogliby być zainteresowani moimi historiami albo są daleko ode mnie albo i tak już słyszeli je wszystkie! Nawet opowiadać już nie mam o czym.
Nie mam o kim myśleć, nie mam z kim rozmawiać. Konkluzje są dwie.
1) Potrzebuję z kimś porozmawiać. Ale jak? O czym? Tyle lat pracowałam nad technikami odrzucania od siebie ludzi jak najdalej, że teraz nie wiem, o czym mogłabym rozmawiać. Jak próbowałam rozmawiać ze Szczerym wczoraj normalnie, nie o jakichś problemach które mogłabym mieć sama ze sobą (kurwa, jak sobie zdałam sprawę, o czym ja temu biedakowi ostatnio ciągle piszę to aż się za głowę złapałam! A tyle razy Babcia Isia mi mówiła - "Nie marudź ludziom na własny temat. Nikt tak naprawdę nie chce tego słuchać. Świat jest wielki i ciekawy, rozmawiaj o wszystkim. Byle nie o sobie. To nudne." - jak mogłam zapomnieć? Ileż ja mu trułam... argh...), to rozmowa się ciągle cięła. To chore. A jak zaczynam się zastanawiać, jak się właściwie normalnie rozmawia, to w mojej głowie jest jedna, wielka, cholera pustka. Czy są na ten temat jakieś poradniki?
2) Potrzebuję człowieka. Psiakrew. Po prostu. Trzeba stanąć twarzą w twarz z tym problemem. Tyle lat wmawiałam sobie, że jestem silna i nikogo nie potrzebuję. Bujda na resorach. Potrzebuję kogoś jak diabli. Im dłużej siedzę sama tym bardziej zdaję sobie z tego sprawę. Nie chodzi mi o... bo ja wiem, chłopaka, kochanka, dziewczynę, czy co tam. Chodzi mi o człowieka, którym mogłabym się zająć. Z którym mogłabym podyskutować. Któremu mogłabym spontanicznie pomarudzić i usłyszeć jakiś komentarz, choćby to miało być "zamknij się, pierdolisz". Z którym mogłabym się pokłócić, albo posłać go do sklepu po coś przeciwbólowego. Któremu mogłabym dawać prezenty. Którego można by od czasu do czasu przytulić. Żeby nie było - mój miś jest zajebisty. Ma muszkę i w ogóle. Ale nawet Garfield to zauważył - misie niespecjalnie się przytulają...
No. Powiedziałam to. No. Przynajmniej napisałam.
Teraz ta ciężka część. Co z tym kurwa zrobić?
O tyle dobrze, że na tego bloga praktycznie nikt nie wchodzi. Mogę sobie to wrzucić, poczuć się lepiej, a i tak nikt tego nie przeczyta. Są tu dwa postanowienia. Muszę o nich pamiętać. Muszę nad nimi pomyśleć.
Pozostaje mieć nadzieję, że coś z nich wyjdzie...
Może Cię rozczaruję, ale KTOŚ jednak to przeczytał. I temu KOMUŚ nie podoba się sytuacja, w jakiej się znajdujesz i co gorsza bezustannie w niej zagłębiasz. Ten wyjazd zdecydowanie Ci nie służy. Wiem, że to jest praca, za pracą idą pieniądze a w naszej dzisiejszej społeczności ciężko pewne cele i ambicje spełniać bez pieniędzy. Ale mimo wszystko nie podoba mi się, jak to wszystko, ta cała samotność i odległość od ojczyzny (czy też raczej znajdujących się w niej ludzi)na Ciebie wpływa. Mam szczerą nadzieję, że zdołasz stosunkowo szybko powrócić. Może nie dla portfela, ale dla psychiki mogłoby to mieć dobry wpływ.
OdpowiedzUsuńZa to najwyraźniej nie mam go ja. Jak tak teraz o tym pomyślę, to za często - w jakiś mimowolny, samoistny sposób - pozwalam, czy też może sam jakoś nieświadomie prowokuję, abyś zagłębiała się w swoich słabościach, zamiast w końcu sprawić, abyś uwierzyła we własną siłę. Może po prostu faktycznie powinienem Ci czasem powiedzieć "zamknij się, pierdolisz". Ale wiesz, że nie umiem. W tym nie przyznam twojej babci racji - Słuchanie o Tobie jest ciekawe, cokolwiek nie powiesz. Bo sama w sobie jesteś ciekawa, więc jak u licha miałoby być inaczej? Tylko nie zaczynaj znowu tego podważać, bo wiesz, że u mnie nic nie wskórasz :P