wtorek, 11 grudnia 2012
Dziewczynka z moich marzeń.
Nigdy nie mieliśmy wiele. Odkąd pamiętam mieszkaliśmy w zatłoczonym, niewielkim mieszkanku, pełnym ludzi i zwierząt. Było ciepło i przytulnie, choć trochę ciasno. Nigdy nie starczało pieniędzy, ale rodzice dawali z siebie wszystko, żebyśmy nie zwracali na to uwagi.
Mimo to zawsze była jakaś taka mała część mnie, która marzyła o domku z ogródkiem, w którym te wszystkie koty i psy mogłyby wyprostować łapy, w którym miałabym własny pokój, w którym moi rodzice mieliby dość pieniędzy na wszystko i wreszcie nie musieli się kłócić o to, czemu tata znowu przyniósł tak niewielką wypłatę. Nie mówiłam o tym rodzicom, bo brzmiałoby to wypominanie, ale lubiłam siedzieć i wyobrażać sobie, że istnieje gdzieś dziewczynka, taka jak ja, ale mająca to wszystko - bogatych rodziców, domek z ogródkiem, dowolną ilość zwierząt, własny pokój, własne rzeczy, którymi nie trzeba się dzielić. Że jest lubiana w szkole, a w domu nikt nie czepia się, że "ogląda chińskie kreskówki". Lubiłam myśleć, że gdzieś ta równowaga jest zachowana i taka dziewczynka gdzieś wiedzie sobie swoje przyjemne, beztroskie życie.
I zgadnijcie co? Spotkałam ją jakiś czas temu.
Jest nieco niższa ode mnie, ma proste, jasne blond włosy (nigdy nie lubiłam faktu, że moje ściemniały z wiekiem), jest wyjątkowo urocza i dziewczęca, m&a interesuje się od lat. Jej rodzice faktycznie są dziani i chętnie fundowali wszystko, co jej przyszło do głowy. Nasłuchałam się, jaka była popularna w szkole, i że należała do cheerleaderek, a rodzice kupowali jej wybrane mangi i oglądali z nią anime. Że ma przyjaciółki na swoim poziomie majątkowym i jedna z nich w ostatnie lato wyjechała na wakacje do Japonii i przesiedziała całość włócząc się po księgarniach i kupując książki i mangi, po czym musiała wysłać trzy pudła tego do Polski, bo nie miała jak się ze wszystkim zabrać samolotem (Wiola była oburzona faktem, że dziewczyna włóczyła się tylko po księgarniach, a nie po Akihabarze czy Shibui...). Że do Anglii przyjechała nauczyć się szanować pieniądz, ale podróż i kaucję za mieszkanie zapłacili rodzice, bo przecież jak inaczej to można? (Nawet nie miałam serca jej opisywać moich początków w tym pięknym, choć potwornie mokrym kraju.) Że zostaje na święta w Anglii ze swoim chłopakiem. (Oczywiście, że ma chłopaka - moje kompletne przeciwieństwo MUSI mieć chłopaka...) Mówiła o swoich figurkach i półkach pełnych mang, które zostawiła w Polsce... W dodatku interesuje się m&a od dawna, praktycznie wie o nich więcej niż ja.
Nie chwaliła się tym wszystkim. Mówiła, jakby to było zupełnie normalne.
Zupełnie normalne, że od zawsze miała na tacy miała to, o czym ja mogłam sobie tylko pomarzyć.
(No dobra, prawdopodobnie nie wszystko. W podstawówce byłam szykanowana za bycie "cichą i lubiącą czytać", ale zamiast marzyć o wtopieniu się w tłum, albo żeby wszyscy mnie zostawili w spokoju, doszłam do wniosku, że wszyscy wokół mnie to idioci (tak, była już taka w wieku siedmiu lat - po prostu wtedy jeszcze ludzie uważali to za "pocieszne") i zamiast spotulnieć - zaczęłam tworzyć plany wielkiej machiny tortur. Lubiłam sobie siedzieć i wyobrażać, jak zwabiam tych wszystkich durni z przerośniętym ego w jakieś odosobnione miejsce, po czym ciągnę za wajchę, a oni spadają siecią tuneli prosto w paszczę mojej machiny, która by dręczyła ich przez dobry miesiąc, a potem odstawiała do szpitala. Miałam zeszyty pełne projektów poszczególnych elementów. Jako dziecko byłam bardzo pomysłowa.
Wiola mogła mieć wiele, ale na pewno nigdy nie miała takiej zajebistej, podziemnej machiny tortur.)
Pierwszy raz od bardzo dawna nie zdołałam złapać wspólnego języka z innym fanem m&a. Rozmowy między nami się nie kleiły, nie potrafimy znaleźć punktu zaczepienia do tej znajomości. Nie rozumiałam tego. Zdarzenie bez precedensu dla mnie.
Wreszcie usiadłam przed moją niewielką kolekcją, jaką mam w Anglii, pomyślałam o mangach, które czekają na mnie w Polsce - sam Dragon Ball zająłby przynajmniej jedną półkę, a dochodzą przecież jeszcze inne tytuły - o figurkach, plakatach, o całym moim kolekcjonerskim dorobku, i zastanowiłam się, co właściwie jest nie tak.
I wczoraj, próbując z nią pogadać, wreszcie zrozumiałam.
Wcale jej nie zazdroszczę.
Och, zazdroszczę jej zaplecza finansowego - takie bezpieczeństwo musi być miłe, przyznaję.
Ale kiedy ona mówi o jakichś super-wyjazdach nie wiadomo gdzie, ja wspominam swoje wakacje na Ranczu - z bratem, babcią Isią i naszą kuzynką Natalią - i do dziś nie mogę sobie wyobrazić lepszego dzieciństwa.
Moi rodzice nigdy nie dokładali się do tego, czego nie uważali za "ambitne", więc wszelkie komiksy, w tym mangi, musiałam sobie kupować z własnych pieniędzy - kiedyś wyżebranych od babci, czy ze skrzętnie odłożonej tygodniówki, potem (i tu dopiero moje hobby mogło rozwinąć skrzydła) już z własnej wypłaty. Pamiętam, jak uciekłam w kapciach ze szkoły tylko po to, żeby w kiosku na rogu kupić swój pierwszy tomik Dragon Balla. Jak ja siadam i patrzę na moją kolekcję, to czuję rozpierającą mnie dumę - oto kolekcja, którą udało mi się wywalczyć od losu i zatrzymać przy sobie. Wręcz nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie wywalczę sobie od niego ten nieszczęsny, wymarzony domek, siądę w moim pokoju (do którego drzwi koniecznie będą musiały być pomalowane jak drzwi prowadzące do TARDIS, nawet sobie tabliczkę zawieszę, a co!) i rozłożę całą tą kolekcję i chociaż raz w życiu nie będę musiała się niczego wstydzić (ach, ten strach, że tata zaraz wejdzie i znowu pozdziera te "szkaradzieństwa"), z niczym ograniczać (zawsze była ta kwestia powierzchni w pokoju - wszystkim się trzeba dzielić, nie?), zobaczę to wszystko w pełnej krasie i podejrzewam, że pęknę z dumy XD
A ona to wszystko miała od samego początku, bez żadnego wysiłku.
Czy z czegoś takiego można być dumnym? Czy do czegoś takiego można poczuć jakiekolwiek przywiązanie?
Bo jeśli nie - to co to w ogóle za hobby? Na co to komu?
Wszystko to brzmiało dużo lepiej w mojej głowie, kiedy nad tym myślałam w czasie pracy. Pozostaje mi mieć nadzieję, że przekazałam to, co chciałam przekazać XD
Subskrybuj:
Posty (Atom)